Sztuka wymazywania – refleksje na temat dramatu Eugene'a O'Neilla ,,Zmierzch długiego dnia”
W kryzysowych momentach, kiedy życiowy impas wydaje się być nieunikniony, wszechogarniająca staje się chęć podsumowania dotychczasowych działań. Próba odnalezienia pierwszego błędu, który zapoczątkował lawinę kolejnych, prowokuje do analizy przeszłości, którą zniekształcić mogą własne wyobrażenia. Wraz z przytłaczającym murem zaistniałych już wydarzeń pojawia się pokusa usprawiedliwiania niepowodzeń prowadząca do poszukiwania winnych, a nawet do usunięcia niewygodnych epizodów z pamięci. W sytuacji bez wyjścia najbardziej kuszące stają się bowiem podszepty wyobraźni, kiedy to od poczucia szczęścia dzieli zaledwie jeden unik, jedna szaleńcza sztuczka. Z takich właśnie pragnień i bolączek utkane są postaci dramatu Eugene’a O’Neilla. Małżonkowie Mary i James Tyronowie wraz ze swoimi dziećmi: 33-letnim Jamiem oraz 23-letnim Edmundem spędzają razem dzień, który stanowi symboliczne ujęcie rozpadu łączących ich więzi. Gruźlica młodszego syna oraz powrót matki do narkotykowego nałogu to dwie wysoce prawdopodobne niewiadome, które niczym miecz Damoklesa wiszą nad postaciami, rzucając cień na ich pozornie dostatnie życie. Mrok sztuki wynika w szczególności z przeczucia, że bohaterowie od początku znają prawdę, wprowadzając siebie nawzajem i widownię w labirynt domysłów, aby opóźnić to, co nieuniknione.
Amerykański dramat pod pozorem opowieści o wyniszczającym działaniu morfiny, demaskuje rodzinne patologie poprzez zestawienie skrajnie odmiennych wspomnień postaci połączonych wspólną historią uzależnienia Mary. Stadia jej stopniowego zatracania się zmuszają resztę domowników do konfrontacji z przeszłością. Już pierwszy akt przesycony jest niepokojem pulsującym pod pozornie sielankową sceną wspólnego śniadania. Powracającą z sanatorium matkę pilnie obserwuje reszta rodziny. Niewinne przekomarzanie małżonków przechodzi w kłótnię Jamiego z ojcem na temat ukrywanej choroby młodszego syna. Obydwaj mężczyźni boją się, że lęk o Edmunda sprowokuje matkę do ponownego sięgnięcia po używki. W atmosferze podejrzeń i tajemnic Mary odczuwa paraliżujący niepokój, który koncentruje się w jej rękach, nerwowo poruszających się niemal niezależnie od jej woli. To właśnie reumatyzm staje się wkrótce pretekstem do sięgania po kolejne dawki morfiny. W drugim akcie matka przychodzi na obiad, unikając wzroku pozostałych członków rodziny. Stopniowo każdy z nich odkrywa w zachowaniu kobiety objawy powrotu do nałogu. Szczególnie przejmujące są skrajnie różne reakcje mężczyzn. Ojciec staje się znużonym człowiekiem, przesiąkniętym rezygnacją: ,,Wraca do przeszłości przed naszym poznaniem. Można by pomyśleć, że szczęśliwa była tylko w domu swojego ojca czy w klasztorze, kiedy się modliła i grała na fortepianie”. Jamie ukrywa swój ból za cynicznymi uwagami, przyznając wreszcie: ,,Po prostu nie mogę jej wybaczyć… jeszcze nie mogę jej wybaczyć. To tak strasznie dużo znaczyło. Zacząłem już mieć nadzieję, że jeśli ona potrafiła się przezwyciężyć, dla mnie też jeszcze nie jest za późno”. Jedynie Edmund nie ustaje w próbach przekonania matki, że nadal może zwyciężyć z uzależnieniem, ostatecznie jednak pogrąża się w ponurych wspomnieniach: ,,Jamie wszystko mi powiedział. Krzyknąłem, że kłamie, chciałem go uderzyć w twarz. Ale wiedziałem, że nie kłamie! (głos mu drży, oczy napełniają się łzami) Boże, cały świat wydał mi się ohydny!”.
Najbardziej bolesne okazują się zawiedzione nadzieje oraz wyłącznie fizyczna obecność Mary myślami wędrującej w głąb przeszłości. Kobieta wspomina pierwsze spotkanie z morfiną, kiedy to lekarz podał jej narkotyk w celu uśmierzenia bólów reumatycznych po urodzeniu Edmunda. Wydawać by się mogło, że jedna odmienna decyzja lekarska mogłaby zapobiec całej rodzinnej tragedii. Jednakże w miarę zagłębiania się w sekrety Tyronów, myśl ta okazuje się być tylko kolejnym złudzeniem. Mary wypomina mężowi zdradę i alkoholizm, a przede wszystkim brak zaangażowania w budowanie wspólnego domu. Szczególnie uderza kontrast w postrzeganiu miłości przez małżonków: ona całkowicie zatracająca się w związku, on – poświęcający wszystko w imię kariery. W stanie narkotycznego upojenia Mary wyjawia kolejne wstydliwe tajemnice – śmierć młodszego brata Jamiego, który zaraził się od niego odrą, kiedy to Mary towarzyszyła mężowi w próbach aktorskich. Narodziny Edmunda w nadziei na zapomnienie o śmierci poprzedniego dziecka wyciskają piętno w umyśle kobiety obwiniającej się o pozostawienie synów bez jej opieki. W trzecim akcie bohaterka odcina się od makabrycznych wydarzeń, opowiadając pokojówce o młodzieńczych marzeniach związanych z grą na fortepianie. Idealizuje pierwsze spotkanie z mężem, wygładzając ich małżeńską historię. W powyższych opowieściach uwidacznia się rozdwojenie jaźni Mary, która w jednej chwili potrafi być impulsywna i gniewna, by zaraz potem cieszyć się z powrotu domowników. Jednocześnie jest tak skupiona na własnym wnętrzu, że jej świat gwałtownie się kurczy, zaś ona traci resztki empatii względem rodziny. Opuszcza swoich bliskich, kierując się do sypialni na piętrze, gdzie ukrywa kolejne dawki morfiny.
Czwarty akt przesyca atmosfera grozy, kiedy to wszyscy z obawy przed powrotem Mary pogrążają się w libacji. Edmund nie może wybaczyć ojcu, że skierował go na leczenie do instytucji dobroczynnej, niemal przekreślając jego szanse na wyleczenie, jak gdyby chciał ograniczyć koszty związane z jego nieuchronną śmiercią. Tyrone zaś przyznaje się do zakorzenionego w dzieciństwie, panicznego strachu przed ubóstwem, który doprowadził go do porzucenia kariery aktorskiej na rzecz spekulowania nieruchomościami. Równie bolesny staje się dialog między braćmi, w którym Jamie przyznaje się do sprzeczności, które nim targają. Pozostaje rozchwiany pomiędzy próbami uratowania ciężko chorego Edmunda a chęcią pogrążenia się w alkoholizmie: ,,Ten trup, który tkwi we mnie, ma nadzieję, że nie wyzdrowiejesz… może nawet się cieszy, że matka wróciła do morfiny. Szuka towarzystwa, nie chce być jedynym trupem w rodzinie!”. Finał sztuki wyznacza lunatyczna wędrówka Mary, która usiłuje przypomnieć sobie, co utraciła. W narkotycznym odurzeniu nie rozpoznaje bliskich, cofając się do czasów dzieciństwa. Na wpół przytomna odkrywa jednak prawdę: ,,Tak, pamiętam. Zakochałam się w Jamesie Tyronie i przez jakiś czas byłam bardzo szczęśliwa”. Tym samym obraz rodziny na stałe pozostaje na dnie podświadomości bohaterki. Odległy, a zarazem niezapomniany staje się już tylko wspomnieniem. Sztuka O’Neilla pokazuje, jak utrata własnej tożsamości przez osobę uzależnioną łączy się z symbolicznym uśmierceniem jej bliskich.
Od bohaterów sztuki bije przede wszystkim bezradność połączona z przeświadczeniem, iż cała rodzina zabrnęła do miejsca, z którego nie ma powrotu. Żadne z nich nie podejmuje próby przemiany, zamiast tego przerzucając się odpowiedzialnością za życiowe fiasko i licytując, kto najbardziej ucierpiał. Ich tragizm zasadza się przede wszystkim w niezdolności do wzajemnego zrozumienia. Konfrontacje bohaterów przypominają następujące po sobie monologi, przepełnione cynizmem i uprzedzeniami, co ucieleśnia wypowiedź Jamiego do ojca: ,,Przestańmy się zajmować moją osobą. Nie interesuje mnie ten temat. Ciebie też nie”. Gorycz powyższych słów pogłębia fakt, że po teatralnych wzruszeniach i kłótniach żadna z postaci nie zmienia swojej postawy, czyniąc z siebie nawzajem pretekst do opowiadania o własnej osobistej tragedii. Tak członkowie rodziny Tyronów mijają się, wpadając w tę samą pustkę zmarnowanych szans i zaprzepaszczonych nadziei. Relacje rodzinne w sztuce Eugene'a O'Neilla przypominają węzeł gordyjski, który jednocześnie dusi bohaterów, a zarazem stanowi wygodne narzędzie usprawiedliwiania błędów, z którego nie potrafią oni zrezygnować. Choć Mary przyznaje: ,,Nie miałam nigdy uczucia, że to mój dom (…) Ich życie nie jest moim życiem”, jednocześnie błaga męża, by jej towarzyszył. Lapidarność wypowiedzi, a zaraz moc ich znaczenia czynią z małżeńskiej wymiany zdań jedną z najbardziej przejmujących w sztuce: ,,– Poczekaj jeszcze chwilkę. Wszyscy i tak już niedługo mnie opuścicie. – To ty nas opuszczasz, Mary”. Wyobcowanie bohaterki, a zarazem jej dwuznaczna postawa skłania do zastanowienia, czy faktycznie zależy jej na towarzystwie bliskich, czy na spędzeniu czasu z kimkolwiek w ucieczce przed problemem uzależnienia, który jako jedyna musi pokonać, choć nie jest do tego psychicznie zdolna.
Sztuka O’Neilla pozornie koncentruje się na problemie uzależnienia, który postaci wydają się wykorzystywać w celu odwrócenia uwagi od głównego źródła ich nieszczęścia, jakim jest brak szczerej komunikacji. Początkowy small talk przeradza się w potok słów każdego z bohaterów, aby nie dopuścić pozostałych do głosu. Mary niemal każdą kłótnię przerywa słowami: ,,Nie mów o rzeczach, o których nie masz pojęcia”. Próbę zniwelowania przepaści między członkami rodziny zastępuje więc frenetyczny danse macabre, którego widownia zgaduje, kto pierwszy przepadnie w pustce przemilczanych dotąd nieporozumień. W tańcu prym wiedzie Mary, mieszając obojętność z napadami ekscytacji. Prawdziwość jej obydwu wersji budzi liczne wątpliwości. Czy te przebłyski uczuć są wyłącznie następstwem narkotykowej euforii czy skrawkami człowieczeństwa? Powyższa postać potrafi być bowiem bezbronną dziewczynką, a zaraz później oziębłą matką, która nie jest zainteresowana diagnozą ciężko chorego syna. Od początku sztuki jej stosunek do bliskich cechuje ambiwalentność, o czym świadczy niniejszy fragment: ,,Muszę pójść na górę. Za mało zażyłam. Kiedy się zaczyna na nowo, nie wie się dokładnie, jaka dawka jest potrzebna. (idzie ku dużemu salonowi – ale staje w drzwiach, słyszy bowiem głosy przed domem; wzdryga się, jak gdyby przyłapano ją na przestępstwie) To pewnie oni… (wraca pośpiesznie i siada w fotelu, twarz jej przybiera wyraz zacięty, defensywny, mówi ze złością) Po co wracają? Przecież nie chcą tu wracać. A ja wolałabym być sama. (naraz zachowanie jej zmienia się zupełnie; na twarzy odbija się wzruszająca ulga i radość) Ach, jak się cieszę, że wracają! Byłam taka osamotniona!”. Kobieta zaprzecza samej sobie, najpierw zamartwiając się losem Edmunda, a po chwili bagatelizując podejrzenie gruźlicy. Dla Mary relacje rodzinne wydają się jedynie narzędziem do budowania wizerunku wzorowej matki i żony. Dopiero w morfinicznym odurzeniu jest zdolna do szczerej autoekspresji, na trzeźwo nie mając odwagi żyć poza narzuconymi jej rolami społecznymi. Od dzieciństwa spędzonego w klasztornych murach aż po dorosłe życie u boku męża bohaterka funkcjonuje jako wytwór społeczny – nigdy sama, ale zawsze samotna, bez autonomicznej tożsamości. Jej narkotyczny trans przesyca nie tyle chęć ucieczki od bólu, co doświadczenia życia na nowo.
Niespełnione marzenia stają się spoiwem wszystkich postaci dramatu, prowadząc ich do zatracenia w używkach, skąpstwie, a nawet próbach samobójczych. Tym samym sztuka O’Neilla traktuje przede wszystkim o skrajnej postaci samotności, w której próbę zniknięcia łączy chęć pozbycia się świadków własnego upadku. Symbolem takiej alienacji jest mgła, która narasta wokół domu Tyronów niczym złowróżbny całun, spostrzeżony po raz pierwszy przez Mary: ,,Ukrywa nas przed światem a świat przed nami. Czujemy, że wszystko się zmieniło i nic nie jest już takie, jakie się nam wydawało. Nikt nie może już nas znaleźć ani dotknąć”. Edmunda wieczorne zamglenie również skłania do emocjonalnej ucieczki: ,,Tego chciałem – chciałem być sam ze sobą w świecie, w którym prawda jest nieprawdziwa, w którym życie nie jest życiem”. Mgła wydaje się także stanowić ucieleśnienie obaw oraz uprzedzeń, które uniemożliwiają pełne poznanie, na co wskazują słowa młodszego syna Tyronów: Stałem się cząstką czegoś większego niż moje życie czy życie człowieka, czy samo Życie (…) Jakby niewidzialna ręka uchylała zasłony. Przez sekundę możesz odczytać sens istnienia. Potem ręka opuszcza zasłonę i znowu jesteś sam, zagubiony we mgle, kroczysz na oślep, donikąd, nie wiadomo po co!”. Bohaterów dręczy wstyd i brak poczucia sprawczości, a przede wszystkim utrzymywanie pozorów normalności. Wykreowana przez Eugene’a O’Neilla rodzina przypomina organizm stopniowo wyniszczany przez nowotwór aż do momentu, w którym prawdziwa wydaje się być już tylko choroba, z którą zmagają się obcy sobie ludzie.
Sztuka ,,Zmierzch długiego dnia” stanowi wiwisekcję ludzkiej natury doprowadzonej do obłędu przez obsesyjne poszukiwanie racjonalnych wyjaśnień, podczas gdy życie jest najczęściej ciągiem niewytłumaczalnych przypadków i niepowtarzalnych prób. Przede wszystkim jednak Eugene O’Neill pozostawia nas z pytaniem, jak wiele jesteśmy w stanie wymazać ze swojego życia, żeby czuć się szczęśliwi, a przede wszystkim czy właśnie wtedy naprawdę będziemy sobą.
Komentarze
Prześlij komentarz